update

…cholernie trudno zabrać się znowu za pisanie. Zardzewiałam, każde słowo przychodzi mi z trudem, żadne nie pasuje tak, jak powinno. Druga sprawa, że jakoś tak dziwnie na nowo się otwierać przed internetami, kiedy tak długo tylko się czytało, obserwowało, nawet komentowało z rzadka. Łatwiej chyba mi to przyjdzie, jeśli sobie uświadomię, że nie dla świata te wpisy, a z kronikarskiego obowiązku bardziej. Żeby się rozgrzać, rozpisać, rozpasać słowem.

Czytam

Świat Zofii. W ogóle Gaardera przerabiam tak trochę, bo trafiłam na niego w bibliotece i wzięłam hurtem trzy książki, a Świat… w sumie tylko dlatego, że pomyliłam go z Wyborem Zofii, taki ze mnie, za przeproszeniem filolog :P Okazało się jednak, że książka jest takim trochę Tatarkiewiczem dla licealistek, a ja filozoficzne zapędy mam od zawsze, więc czyta się dobrze. O niebo lepiej, niż Dziewczynę z pomarańczami, ale to tylko moja opinia. Następny w kolejce jest Szachmat tegoż, jakiś czas temu rzucił mi się w oczy na jakimś blogu i wpisałam go sobie na listę oczekujących na przeczytanie. Zabawne, że ta lista rozrasta się dużo szybciej, niż ja czytam, ale zauważyłam, że odkąd ją mam, wybory lekturowe są jakby bardziej świadome, przestałam też kupować książki pod wpływem impulsu (kolejka to kolejka!) i to jest dobre.

Działam

Nadal na gruncie gospodarstwa domowego, powiedziałabym. Czas ten nieubłaganie dobiega końca, albowiem w zeszłym tygodniu Agaton został przedszkolakiem. Dlaczego dopiero w zeszłym tygodniu, pisać nie mam ochoty, mam jednak nadzieję, że pierwsze (dobre!) wrażenie mu zostanie i kiedy przyjdzie mu wydłużyć ten przymusowy pobyt w placówce do 10 h, nie będzie specjalnie narzekał. Trochę mam do siebie żal za czas utracony, ostatnie 3 lata. Trochę mam i trochę nie mam, bo jednak pokaźną kupkę rzeczy udało mi się zrobić. Rzecz w tym, że ja zawsze jestem z siebie niezadowolona, ale jeśli mam być szczera, to jednak za dużo było nieco tych poranków i dni spędzonych  bardziej biernie niż aktywnie. W każdym razie teraz jest taki hiperaktywny czas w moim życiu, z czego się cieszę, bo i krew krąży szybciej i efekty widać gołym okiem.

Jestem

Zajebista. Musiałam to napisać, ego samo się nie nakarmi ;) W każdym razie niedługo minie rok, odkąd zaczęłam wprowadzać naprawdę istotne zmiany w swoim życiu i choć wiem, że od wprowadzania zmian nie na stałe jestem specjalistką, to jednak tym razem różnice są pokaźne dla mnie samej i dobre dla ludzi mi najdroższych. O co chodzi? O kuchnię, o zdrowie, o świat wokół mnie. Dużo już zrobiłam, ale dużo jeszcze przede mną. I chyba po raz pierwszy mnie to cieszy.

torebka

Uszyłam sobie. Moje pierwsze tak poważne dzieło – torba niby na zakupy, a jednak moim zdaniem w  takim trochę urban stylu. I naszła mnie refleksja, że ta torba jest trochę jak ja – z daleka prezentuje się znakomicie, z bliższej odległości nadal „uchodzi w tłumie”, ale gdyby wywrócić ją na lewą stronę i zobaczyć od podszewki… Cóż, nie wygląda to najlepiej, żeby nie powiedzieć: it’s a mess… Mogłabym się wytłumaczyć tym, że to faktycznie pierwszy taki projekt na maszynie, w ogóle jeden z pierwszych odkąd tę maszynę posiadam, że jeszcze nie potrafię pewnych rzeczy, brakuje wprawy i lat doświadczenia. Brzmi znajomo? Cała ja. Bo mogłam przecież szyć ją jeszcze miesiąc i zadbać, by każdy ścieg był małym dziełem sztuki, a sama torebka obrazem mojej mrówczej pracy, ale cieszył mnie każdy, nawet często nierówno poprowadzony ścieg i sam fakt tego, że już za chwilę, za momencik będę mogła ją założyć i wyjść w miasto. Toteż chodzę. Ja, na zewnątrz (i z dystansu) całkiem-całkiem, przy bliższym poznaniu (niekoniecznie i nie zawsze) zyskuję, ale gdyby mnie wywrócić szwem do góry, wyszłoby, gdzie się materiał strzępi, a gdzie krzywo przyszyte.

Czy to właśnie stanowi o mojej autentyczności? Jeśli nie to, to co?

***

Ostatnią notkę dodałam tutaj rok temu. Rok z kawałkiem nawet. Przez ten czas szukałam w sobie słów, szukałam siebie. Byłam przekonana, że ktoś lub coś zabrały mi mój głos i to, co mówię, jest tak nieważne i tak niesłyszalne jak tylko może być. A dziś rano przez przypadek otrzymałam maila od dawnej siebie, z notką od dawnej siebie (i spamowym komentarzem do zatwierdzenia, ale mniejsza z nim ;) ). I usłyszałam swój głos, i napisałam tę notkę, i czuję się z tym bardzo dobrze!

przypomnienie

Znalazłam dziś kartkę wyrwaną z kalendarza, który spaliłam zeszłej zimy. Jedną z kilku, datowaną na czerwiec 2007 roku, czyli ten czas, kiedy moje życie zmieniło bieg na skutek kilku całkiem przypadkowych okoliczności. Przeczytałam ją i płakałam całe rano. Oto list od siebie z przeszłości, zaskakująco, przerażająco aktualny…

„Rzecz do przeczytania w razie potrzeby:

- kochaj, ale posiadaj własne życie. Bez tego zginiesz. On jest najważniejszy, ale są sprawy ważne – np. takie głupie egzaminy. I to, co zaplanowałaś na życie.

- nie zmieniaj się w nią, ciągle na coś czekającą, działaj! Przecież potrafisz. Nie przejmuj się, że czasami zatęsknisz albo, że zatęskni on. To normalne i na pewno zostanie wynagrodzone długim, spokojnym życiem razem. Poza tym im bardziej tęsknisz, tym intensywniej żyjecie.

- przestań przesadzać! W jakiejkolwiek sprawie, na jakiejkolwiek płaszczyźnie. Kocha Cię, ufa Ci, wierzy w Ciebie. Zawsze o tym pamiętaj.

- ruszaj się i osiągaj coraz więcej ku chwale was obu.

- przestań pytać, czy się wyspał, prosić, żeby się wcześniej położył  i sprawdzać co robił i czy wszystko w porządku. Gdyby coś było nie tak, zorientowałabyś się. Jeśli już musisz, rób to sporadycznie. Tylko wtedy TO będzie miało sens.”

Wychodzi na to, że spierdoliłam wszystko sama, mimo, że sama sobie powiedziałam, czego nie robić, żeby nie spierdolić. Chodząca porażka, oto czym jestem… Ale, z drugiej strony i po ostatniej lekturze (Biegnąca z wilkami) taki list nie jest niczym innym niż głosem Dzikiej Kobiety we mnie, tego co wtedy żyło, buzowało we mnie, a teraz… mam nadzieję, że tylko śpi, a nie jest martwe.

Dlatego dziś nie włączę telefonu. Będzie trudno, ale wiem, że MUSZĘ dać Mu przestrzeń, a sobie czas. Jeśli jest jeszcze cokolwiek między nami, cokolwiek z tego, co było między nami wtedy, w 2007 roku, on wróci ze spokojnym sumieniem i zaśnie bez wyrzutów sumienia.

względnie ogarnięty kurwidołek

Otóż wyobraźcie sobie, że tak właśnie mam, względnie ogarniam wszystko to, co jest mi dane, czuję, że dobrze sobie radzę i jestem na tyle poukładana, że zawsze się wszędzie wyrobię. Z dzieckiem na ręce, dodam i generalnie sama, bo ktoś taki jak mąż aktualnie dba o naszą płynność finansową i nie zawsze jest na posterunku, żeby mnie wyręczyć.

I wkurwia mnie przy okazji kilka rzeczy. Że aktualnie panuje jakiś chory trend, który próbuje mi wmówić, ów trend, że to źle, że ogarniam, bo na pewno się poświęcam i nie mam własnego życia i na pewno nie umiem prosić o pomoc i w ogóle z asertywnością u mnie źle i takie tam sratatata. A ja po prostu ogarniam, bo zamiast gadać, jak mi to źle, po prostu robię, co mam do zrobienia, a jak to jest już zrobione to (uwaga, uwaga!) mam czas dla siebie. Jasne, że moje potrzeby w tym wszystkim nie są może na pierwszym miejscu, ale jest mi z tym jak najbardziej ok, bo potrafię zrobić tak, żeby i ogarnąć i odpocząć. Nie mam sposobu uniwersalnego, nie chciejcie ode mnie metody, po prostu ogarniam i nie robię tego żadnym swoim kosztem.

Wkurwia mnie jeszcze, że tak dużo na tym świecie osób z gatunku „ratunku, pomocy, nie ogarniam” – czyli, jak mawia babcia, próżnioków, którym życie upływa na tym, żeby innym się skarżyć i prosić o pomoc, a kiedy tą pomoc otrzymają, bez pardonu prosić o więcej, więcej, więcej…

Następnie wkurwia mnie, że panuje również inny trend, który karze nam wierzyć, że nie ogarnianie jest takie ludzkie, bo być człowiekiem to być słabym, niezaradnym i nieogarniającym. Ach, nic mi się dzisiaj nie chciało, ach, jestem taka ludzka bo nie zrobiłam obiadu, ach, ach, zobaczmy jeszcze jeden odcinek Klanu.

Otóż mam wiadomość dla wszystkich tych ludzkich leni lub nieogarniających rzeczywistości dnia codziennego asertywnych człekopodobnych tworów. Ewolucja eliminuje tych, którzy nie ogarniają. Ona jedna nie pierdoli się w asertywność nigdy, nigdy też nie ma gorszego dnia. Cieszcie się zatem, że żyjecie w takim, a nie innym świecie, bo kilka epok wcześniej po prostu już by was nie było. W przeciwieństwie, śmiem twierdzić, do mnie. Houk!

cała Polska patrzy, czyli wyrabianie nawyku wg Pani Swojego Czasu

Jakiś czas temu moja ulubiona blogerka tego kwartału (:P),  Pani Swojego Czasu albo po prostu Ola, ogłosiła wyzwanie – chciała sprawdzić na sobie i innych chętnych czy mityczne 21 dni wystarcza, żeby wyrobić w sobie nawyk. Taki lub inny, jakikolwiek, chciała sprawdzić, czy trzy tygodnie wystarczą, aby zaprogramować siebie na tyle skutecznie i trwale, żeby daną rzecz wykonywać jeśli nie z przyjemnością, to na pewno z automatu. Ola wybrała nawyk codziennej dawki ruchu, wiele z dziewczyn, które postanowiły współuczestniczyć w wyzwaniu, też na tym właśnie skupiły swoje moce przerobowe. Ja, żeby nie było za łatwo lub przeciwnie, żeby było łatwiej, postanowiłam uczyć się niemieckiego. Jak wiecie, mam to na swojej trzylatce (TU), którą nomen omen muszę zaktualizować i to dość konkretnie biorąc pod uwagę fakt, że już jutro marzec… Ale! Wracając do tematu – języka zaczęłam się uczyć jeszcze w styczniu, ale i tak postanowiłam dołączyć do wyzwania i tak oto mam za sobą bardzo ciekawe prawie półtora miesiąca. Bardzo niemieckie, dodam. ;)

PANI-ZMIENIA-NAWYKI

Zaczęłam dokładnie 25 stycznia, od tego, że powtarzałam na duolingo.com te lekcje, które już kiedyś udało mi się zrobić. Od 1 lutego codziennie raportowałam na blogu Oli swoje postępy. Byłam troszkę do przodu, a początek wyzwania u PSC przypadł akurat na ten taki pierwszy krytyczny moment pod tytułem „nie chce mi się” – tym razem nie było takiej opcji i po prostu robiłam swoje. Kiedy powtórzyłam materiał już znany, zmieniłam sobie opcję z dwóch na trzy lekcje dziennie – wtedy zrobiło się trudniej, bo nowy materiał, słówka i lekcje wymagały ode mnie nieco więcej czasu, ale okazało się, że znowu zrobiłam to w dobrym momencie, bo cała Polska patrzała (:P), więc głupio dać plamę i walczyłam dalej. Aż tu nagle i niespodziewanie, w okolicach trzeciego tygodnia moich zmagań (to za duże słowo patrząc z perspektywy czasu), COŚ się stało. Pyk, jak mawia Agaton – po prostu się stało i od tamtej pory codzienna porcja lekcji niemieckiego jest dla mnie tak naturalnie porządana, jak Teleexpress do śniadania. Powiem więcej, w okolicach urodzin, które wypadły akurat w czasie nawyku wyrobionego już, najnormalniej w świecie nie znalazłam czasu na lekcje. Wiadomo, goście, goście, jeszcze raz goście. I co? I czułam się bez moich lekcji źle, robiłam wszystko, żeby choć rzucić okiem na kartkę z co trudniejszymi słowami, ot, dla przypomnienia… udało się. Wyrobiłam sobie nawyk – nawyk uczenia się codziennie czegoś nowego, przyjemności płynącej z tego, że się wie coś więcej. To super uczucie i choć początkowo nie wierzyłam, że trzy tygodnie wystarczą to dziś spokojnie mogę powiedzieć, że ten termin jest umowny, ale po jego upływie, jeśli się pracowało rzetelnie, widać OGROMNĄ różnicę w podejściu do tematu, jakiegokolwiek zresztą. Dlatego też postanowiłam, że od jutra zaczynam z kolejnym nawykiem, tym razem nawykiem codziennej porcji ruchu – bo kto bogatemu zabroni? Wiem też już na pewno, że przygoda z niemieckim będzie trwać – przyjamniej tak długo jak potrwa kurs na duolingo oraz ten, na który zapisałam się dzięki uprzejmości miejscowej biblioteki. W kolejce cierpliwie czekają szkolenia z KSSiPu oraz kurs francuskiego, którego chciałabym się uczyć tak długo, aż nie zdam egzaminu państwowego, na obojętnie jakim poziomie :)

Jest moc!

o kondycji blogosfery

(Wstępny zarys tego tekstu powstał na długo przed tym, kiedy ogłoszono tegoroczne nominacje w Blogach Roku – czyli na długo przed tym jak zaczęła się Wielka Akcja pod tytułem „Dzisiaj ja proszę Ciebie o pomoc”.)

…zabrzmiało górnolotnie, prawda? Co zrobię, ambitna jestem ;)

A tak poważnie mówiąc, ten wpis chodzi za mną już dobrych kilka dni – taki trochę rzut oka na to co było, co jest, a może nawet gdzie to wszystko zmierza, jeśli o blogi, blogowanie i blogerów chodzi. Myślę sobie, znowu górnolotnie, że skoro bloguję od 11, wkrótce 12 lat, to chyba mam na ten temat jakieś pojęcie, jakiś ogląd, jakieś zdanie wreszcie. Zobaczymy.

Na początku było słowo.

Nie ma co kryć, u zarania blogosfery słowo blog było synonimem pamiętnika, dziennika, rzeczy na wskroś osobistej, co jest tym śmieszniejsze, że wystawionej na widok jak najbardziej publiczny. Pisało się o wszystkim i o niczym, królowały powszechnie księgi gości i kilka(naście) szablonów wyglądu dostępnych na platformie blog.pl. W komentarzach najczęściej gościli krewni i znajomi królika, głównie ludzie, których znało się osobiście. No chyba, że prowadziło się bloga do szuflady, ale na tych stronach najczęściej publikowano poezję, próbki prozy – a w komentarzach znowu znajomi, tym razem internetowi, czyli potencjalnie nieznajomi. Zdjęcia na blogu? Od wielkiego dzwona. Social media? Zapomnijcie. Ktoś chciał, żeby go czytano, musiał się nieźle naspamować u innych w księgach gości lub komentarzach. Problemem tej epoki była niewątpliwie pułapka pisania pod publiczkę – kiedy już zbyt wielu realnych znajomych wiedziało, że piszesz i regularnie odwiedzało i komentowało Twoje wypociny, istniało ryzyko, że przestaniesz pisać, tak jak chcesz (bo co ludzie powiedzą), a zaczynałeś pisać tak, żeby innym było dobrze. Subiektywny pamiętnik trafiał szlag, królowały prawdy ogólne szeroko pojęte. Wiem coś o tym, bo sama tak pisałam – a kiedy zapętliłam się totalnie w tym pseudorzeczywistym świecie, gdzie wieczorem publikowało się notkę, a rano gadało o niej pół szkoły, no cóż… skasowałam bloga. I żałuję tego do dziś – a zwłaszcza jednej takiej notki, nie mojego zresztą autorstwa; była to relacja ze studniówki napisana przez mojego studniówkowego partnera. Dużo bym dała, żeby móc ją jeszcze raz przeczytać, ale wiem, że to se ne wrati ;)

Słowem, początki blogosfery to ego w obrotach – ja, moje, co u mnie słychać. Do dziś zresztą istnieją blogi prowadzone tylko w takiej – pamiętnikarskiej – formie. Są to jednak głównie albo blogi parentingowe, mające za zadanie zapisać każde ważne i mniej ważne wydarzenie z życia koniecznie przesłodkiego bobasa albo – nie bójmy się słów, blogi, których nikt nie czyta i nikt nie komentuje.

Robi się tłoczno.

Jak w przypadku każdego takiego nowego internetowego wynalazku, w pewnym momencie blogosfera zaczęła puchnąć. Od nadmiaru. Treści. Wsze-la-kich. Pamiętamy, że są to czasy, kiedy za całe sociale w polskim internecie robi gg oraz czat na Onecie, o naszej klasie czy fb nikt jeszcze nawet nie myśli. Więc kiedy szeroko pojęta brać nastoletnia dostaje okazję pisania na temat swojego życia, robi się ruch w interesie. Pozorny tylko, bo tak naprawdę treści niemal takie same powielane są na miliony sposobów, zaczyna się zalewanie co-blogerów wiadomościami w stylu „zapraszam do mnie, ładnie tutaj” – i co tu kryć, tak już zostaje. Blogosfera jako taka, zaczyna dzielić się na tą „górną”, piszącą coraz lepiej, coraz porządniej, coraz ciekawiej oraz tą „dolną” piszącą tylko po to, żeby pisać. Co ciekawe, owo rozróżnienie bardzo często dotyczy również wieku piszących.

Dla mnie jest to czas Wielkich Blogowych Przyjaźni. Zakładając drugiego bloga pod tym samym adresem, odrzucam pisanie pod publikę, zajmuję się sobą, zaczynam poważnie czytać innych. Rodzi się z tego kilka naprawdę ciekawych znajomości, nawet jeden (krótki, ale jednak) związek. Nigdy nie zapomnę, jak nagrywałam dla Michała siebie, jak czytam po łacinie, a on nagrywał dla mnie wybrane fragmenty z Peer Gynta :) Co ciekawe, większość tych moich blogowych znajomych to faceci – piszący wtedy naprawdę dobrze i naprawdę o wszystkim. Gdzie są dzisiaj i co robią? Gdybym miała fb, pewnie mogłabym się tego dowiedzieć, ale wolę w to nie wnikać :)

Robi się smacznie.

Kolejna epoka w dziejach polskiej blogosfery to niewątpliwie blogi kulinarne. Pojawiły się nagle, gromadnie, zawojowały internet i tak już im zostało. Tutaj pozostałością i spuścizną są niewątpliwie coraz to lepsze fotografie umieszczane na blogach. To już nie tylko treść, to już aranżacja, pietyzm… i prawa autorskie. Każdy chciał być znany z danego przepisu, więc i zdjęcia były podpisywane i notki okraszane dużą dawką języka prawnego zabraniającego kopiować bez zgody autora. I dobrze się stało, bo „anonimowy” dotychczas internet okazał się kopalnią złota dla złodziei cudzych treści.

Nie trzeba chyba dodawać, że jest to również czas kiedy jak grzyby po deszczu pojawiają się platformy oferujące usługi blogerskie, bajeranckie szablony i najprostsze na świecie edytory tekstu do pisania notek. O wordpressie nie słyszy jeszcze nikt, albo naprawdę niewielu, a na każdym blogu obowiązkowo muszą pojawić się tysiące linków do zaprzyjaźnionych stron.

Dla mnie jest to czas, kiedy bloga mam, ale go nie użytkuję. Nie dlatego, że nie umiem gotować, po prostu mam inne rzeczy na głowie.

W stronę specjalizacji.

Jesteśmy coraz bliżej czasów nam współczesnych. Zaraz po blogach kulinarnych zaczynają pojawiać się inne blogi „specjalistyczne”. Coraz rzadziej mają one charakter pamiętnikarski, coraz częściej są to po prostu wąskospecjalizacyjne jednoosobowe poradnie dla świata. Ciągle jeszcze korzystamy z platform zrzeszających blogi, coraz częściej wrzucamy zdjęcia siebie, potomstwa, wakacji nad morzem i w górach oraz każdego jednego kwiatka przydrożnego. Jest tego takie nagromadzenie, że bardzo szybko pojawia się problem, niebezpieczeństwo tego, że co raz wrzucone w sieć, zostaje w niej na zawsze (np. takie konto na nk – po usunięciu przez użytkownika, wg regulaminu, „wisi” jeszcze w internecie przez jakieś 4 lata) – nic nie zmienia jednak faktu, że jak mawiał proroczo Ong, wchodzimy w drugą oralność (no, powiedzmy pictooralność
) – jakość zdjęcia jest ważniejsza niż jakość treści, która zdjęciu towarzyszy. Są to podwaliny pod wszelkiego rodzaju pinteresty, picassy, instagramy i inne hasztagi.

*

Wiadomo, że w sieci wszystko dzieje się szybciej. Ostatnie dwa lata w blogosferze to totalna rewolucja. Mianowicie ktoś (tak naprawdę wszyscy wiemy kto, ale konsekwentnie nie będę używała nazwisk w tym zestawieniu) „wyczaił” (prawdopodobnie dużo wcześniej, ale właśnie w okolicach dwóch lat wstecz sprawa się upubliczniła), że na blogu można zarabiać, że z bloga można żyć. Drugą zapałką w tej rewolucji była niewątpliwie zmiana regulaminu na największej wtedy polskiej platformie blogowej blog.pl – zmiana tak dotkliwa dla ludzi, którzy potrafią czytać ze zrozumieniem, że zapoczątkowała totalny exodus. Marką staje się własna domena i blog podpisywany własnym nazwiskiem. Po co komu nicki, pseudonimy i jakakolwiek anonimowość – ostatecznie jeśli chce się na czymś zarobić, dla ułatwienia życia sobie i innym warto to jednak podpisać z imienia i nazwiska. Oczywiście istnieją blogi i blogerzy, którzy już zawsze będą kojarzeni z pseudonimu, jedna i oni najczęściej zmieniając domenę i przenosząc bloga na prywatny adres, zaczynają się podpisywać jak pod zeznaniem podatkowym. Pamiętniki? Zapomnijcie. Teraz blog to konkretny temat, który wałkuje się do zarzygania, a komentarze służą za całodobowe poradnie specjalistyczne bez specjalnych kolejek. Pisanie „co tam u mnie słychać” jest raczej passe i jeśli już, praktykowane jest najczęściej na blogach parentingowych, choć i u wielkich specjalistów znajdziemy takie notki, dzięki którym dowiadujemy się na przykład, że tak naprawdę to są leniwi jak sto pięćdziesiąt i zasadniczo śpią do południa (mnie osobiście bardzo zraził do siebie takim wpisem Leo na zenhabits, mądry przecież człowiek! Ale szybko nadrobił). Każda notka okraszona jest milionem linków do notek poprzednich, każda zakończona pytaniem do tłumu (ażeby to tłum poczuł się ważny i udzielał w komentarzach), pod każdą notką obowiązkowo chmura tagów, kategorii, malutkich ikonek odsyłających na fb, g+, twitty, insta i inne jutuby. Jedna notka, a powielona na tych wszystkich socialach po stokroć. Jedna, a ogłaszana światu za każdym razem jak objawienie. Jedna, a najczęściej tekstu w niej za grosz, jeśli już to same prawdy oczywiste, za to zdjęć ile! I jakich! Kiedyś jeszcze swoich własnych, teraz – coraz częściej – korzystamy z cudzych zasobów, banków zdjęć itp. Pojawiają się narzędzia do planowania publikacji w przód – możemy w jeden weekend napisać notki na cały miesiąc i potem tylko zbijać bąki i odpowiadać na komentarze. Pojawiają się ankiety: o czym chciałabyś/chciałbyś przeczytać na moim blogu, pojawiają się wszechobecne newslettery, jedne gorsze, drugie lepsze. Autor bloga jest guru, czytelnicy jego wyznawcami. Relacja znajomości utrzymywana jest o tyle, o ile jedna strona komentuje wpisy drugiej, w drugą stronę tak to już nie działa. Znalazłeś się na mojej stronie? To świetnie, nie licz jednak, że ja zadam sobie trud poszukania Twojej. Jesteś tu, więc siedź i śledź, jak Ci dobrze.

Stop.

Piszę ten fragment od kilku dni i choćbym nie wiem jak się starała, nie potrafię uniknąć gorzkiej ironii. Jest ona tym bardziej gorzka, odkąd z każdej strony słyszę, że komuś należy się mój głos/sms (o, przepraszam, prosi mnie o pomoc), bo przecież korzystam z treści zawartych na jego blogu, to raz w roku mogę dać coś od siebie. To, że zostawiam feedback pod każdą notką, która mnie ineteresuje, nagle przestaje się liczyć. Że zapisałam się do kilkunastu już teraz newsletterów, sprzedając tak naprawdę mój adres, też jest nieważne. Ważna jest Fundacja i Bigger Picture – bo ja dla ciebie wszystko, czytelniku, a ty dla mnie, blogera, nic. Guzik prawda i dobrze o tym wiecie. Gorycz moja rośnie z czasem i tak jak nie mam konta na fb, a bloga przeniosłam po rewolucji na prywatny adres, tak coraz mniej mam ochotę prowadzić to miejsce. Bo zwyczajnie nie czuję się dość dobra, bo widzę, że to co mam do napisania, nikogo nie obchodzi (zresztą nie musi, dla mnie blog ciągle jest dziennikiem/pamiętnikiem, nie roszczę sobie prawa do jakiejkolwiek specjalizacji poza tą, w której się wykształciłam, a która generalnie dotyczy słowa), bo mam wrażenie, że nie ma już ludzi, którzy po ludzku odpowiadają w komentarzach, są tylko roboty, które tak naprawdę zapraszają do siebie, w swoje małe światy.

Naprawdę planowałam nieco inne zakończenie tego wpisu. Wyszło gorzko, pewnie niesprawiedliwie, ale uwaga! Nie mam zamiaru tego zmieniać, żeby się komuś podobało. Ja ciągle jeszcze piszę z serca i zwykle to, co myślę. Nie zastanawiam się po 15 minut nad każdym argumentem i nie ubieram go w słowa miłe dla oka i ucha drugiej strony. Chcecie pisania na żywo, bez seo, tysiąca tagów, dwóch tysięcy kategorii i trzystu zdjęć – macie to u mnie jak w banku, teraz i dopóty będzie mi się chciało publikować.

Amen.

P.S. Czy naprawdę muszę dodawać, że celem tej notki NIE BYŁO urażenie kogokolwiek, a ja sama oddałam kilkanaście głosów na kilkanaście blogów, które lubię czytać? Zrobiłam to zanim pojawiły się wpisy reklamujące, zrobiłam to bo wierzę, że takie wpisy były zbędne, a jakość ZAWSZE obroni się sama. Szkoda, że tak wielu autorów jakoś o tym zapomniało, albo po prostu wpadło w blogrokową gorączkę… Oczywiście, że dodam, że to zestawienie i taki rys historyczny jest jak najbardziej subiektywny. Wiem, ile kategorii blogowych pominęłam, na pewno zapomniałam o kilku ważnych etapach tej historii, ale – hej! – to tylko moje zdanie na ten temat!

książki stycznia

Zaczynamy nowy cykl – raz w miesiącu poopowiadam sobie o książkach, które udało mi się przeczytać przez około 30 minionych dni. Jako, że założyłam sobie z początkiem roku, że nie zaczynam żadnej nowej książki póki nie pokończę tych pozaczynanych, część pozycji ujętych w tym spisie będzie, powiedzmy, że SKOŃCZONA w styczniu. A zaczęta nieważne kiedy :P

1. Leo Babauta – 52 zmiany: zmień swoje życie tydzień po tygodniu:

To właśnie jedna z takich pozycji, zaczęta bodajże we wrześniu zeszłego roku. Ale na swoje usprawiedliwienie mam to, że sam autor proponował tylko jedną zmianę (czytaj jeden rozdzialik) tygodniowo, do czego się początkowo stosowałam. Potem, w okolicach 15 tygodnia mi się znudziło i zaczęłam czytać szybciej. Generalnie książeczka napisana w spokojny, jak na Leo przystało, sposób. Dla mnie problemem była kwestia aż tylu zmian do wprowadzania niemal na raz. Bo już po kilku tygodniach strefa komfortu zostaje bardzo, bardzo daleko,  a my prowadzimy tak naprawdę zupełnie inne życie – zatem jest to pozycja dla niewątpliwie mocno zdeterminowanych osób nastawionych na duże zmiany w szybkim tempie. Jak dla mnie zbyt szybkim, ale to kwestia gustu i tyle.

2. Ghandi – Autobiografia… :

Tu jest problem, bo jakkolwiek byłam mocno nakręcona na lekturę tej książki, tak jednak zrezygnowałam po kilku rozdziałach, powód tej rezygnacji był czysto estetyczny – trafiło mi się takie wydanie, że zawsze po lekturze musiałam… myć ręce. Grzybice wszelkiego rodzaju były tam widoczne gołym okiem ;) Teraz czekam na kolejną wizytę w Bibliotece Śląskiej, przyuważyłam tam bowiem egzemplarz z 2012 roku, ten pewnie nie będzie „chory” ;)

3. Szekspir – Dwanaście dramatów, t. I (Ryszard III, Sen nocy letniej, Romeo i Julia, Kupiec wenecki):

Co nowego można napisać o klasyce tego formatu? Chyba tylko tyle, że dobrze sobie ją odświeżać w różnych momentach życia, niewątpliwie perspektywa odbioru się zmienia. Plus kiedy się czyta bez przymusu szkolnego, to czyta się zupełnie inaczej.

4. Benjamin Franklin – Żywot własny:

Książka miesiąca, choć skończona na samym jego początku. Jak dla mnie pozycja obowiązkowa dla wszystkich tych, którzy zastanawiają się nad sensem swego istnienia, zamiast wziąć się do roboty. Tak robotnych jak Ben niewielu było i jest w historii świata, ale jedno co mają obiecane, to pomnik trwalszy niż ze spiżu za robotę właśnie. Nie za gadanie o robocie. Zresztą, to właśnie Franklin powiedział, że „dobrze zrobione jest lepsze, niż dobrze powiedziane” – co też staram się wcielać w życie zwłaszcza swoje. A kiedy się rozglądam widzę pełno istnień, które stwarzają swój świat słowem i na słowie poprzestają – kiedyś słowo było droższe od piniędzy, panie, a tera?…

5. Anna Mulaczyk-Meyer – Minimalizm po polsku:

Ta bardzo chciałam tą książkę mieć, tak długo na nią czekałam, bo zażyczyłam ją sobie pod choinkę… i leży. Prawdopodobnie musi swoje odleżeć, bo w chwili obecnej jestem bardziej skłonna przeczytać po raz enty Sztukę prostoty, niż wrócić do tej pozycji. Dlaczego tak jest i co się na to składa, tego do końca jeszcze nie wiem, więc umówmy się, że nie jest to moje ostatnie słowo na temat tego tytułu.

***

W stosiku na luty czekają: drugi tom Szekspira, Rodzina Połanieckich, Ghandi i Dama kameliowa. Jednocześnie zauważyłam u siebie niebezpieczne zjawisko czytania kompulsywnego: niby mam jakąś rozpiskę, wedle której chcę wybierać kolejne książki, a jednak czytam co popadnie i w dowolnej kolejności. Też tak macie? Na przykład taka Rodzina Połanieckich – wzięta z biblioteki pod wpływem impulsu, bo widziałam w tygodniu kawałek serialu i nawet mi się spodobał. A założenie było, że polskiej literatury póki co nie czytamy. I założenie poszło! Poza tym misz-masz totalny, jeśli się przyjrzeć – od autobiografii, przez poradniki, powieść historyczną i dramat… Kto wie, może to jest jakiś sposób na nudę? Ostatecznie czytamy dla przyjemności chwili, czyż nie?

mam nowego idola

Jest nim Rafał z Naturalnie Zdrowy, ale o tym za chwilę.

Drugim moim idolem w tym tygodniu został mój młodszy brat. Dodam tylko, że o 15 lat młodszy, więc teoretycznie jeszcze smarkacz. I tak też o nim myślałam do niedawna, smarkacz internetowy, wiecznie w coś gra, nigdy nic nie czyta, życie przecieka mu przez palce i nikt z tym nic nie robi. Aż tu nagle i niespodziewanie brat ów pokazał mi zdjęcie swojego kolegi (tak, tak – internetowego), który w jakimś kosmicznym przyspieszeniu z pryszczatego pączka przylepionego polukrowanym paluchem do myszki i klawiatury stał się wysportowanym młodym człowiekiem, żeby nie powiedzieć, ciachem, na którym miło oko zawiesić nawet w moim wieku :P Brat mój popadł w niemy zachwyt i chyba niewiele brakowało, żeby tamto zdjęcie robiło za tapetę na domowym komputerze – gdyby tylko nie było to zbyt ge…nderowe ;) W każdym razie – zadziałało. Lepiej niż Lewandowski i wszystkie inne fitmotywacje dla chłopaków w wieku brata. Wziął się za siebie, ale od razu tak, że wszystkim koparki opadły. Najpierw mamie, która notorycznie martwiła się, że „zasuszy sobie żołądek” (bo kończył jeść zanim był pełny), potem całej reszcie rodziny, kiedy chwalił się dwupakiem (tak wiem, też się śmiałam :P), bi i tricepsem, pompkami, wreszcie tym, że 5 minut planku to dla niego wycieczka na plażę, a podciąganie się na drążku zaraz przejdzie w wersję hard. Kilogramy poleciały w dół same z siebie, a szala bardzo szybko z pozycji w kierunku na pryszczatego pączka przejechała w stronę ciacha właśnie. Co tu dużo mówić, jestem z brata dumna, ale najbardziej cieszy mnie to, że się chłopak obudził. Rozmawiałam z nim wczoraj i to jest niesamowite, ile odpowiednia dawka tlenu oraz zero cukru w diecie robi dla człowieka. Z podziwu nie wychodzę po prostu.

Podobnie jest z Rafałem ze wspomnianego już bloga Naturalnie Zdrowy, choć on oczywiście jest od mojego brata znacznie starszy. Samoświadomość i profesjonalne podejście do tematu przyczyniły się w jego przypadku do stworzenia naprawdę dobrego miejsca w sieci – a wszystko to za sprawą ciekawości, jaka (z tego co zrozumiałam) zrodziła się w Rafale w związku ze zdrowym trybem życia, jaki zaczął prowadzić dobre kilka lat temu. Tlen, tlen i jeszcze raz tlen – im bardziej mózg dotleniony powietrzem, a mniej zamulony cukrem, tym lepsze pomysły i zdrowsze podejście do siebie, świata i ludzi.

Piszę o tym wszystkim z jeszcze jednego powodu – nagle dotarło do mnie, że po pierwsze się starzeję :P, a po drugie, młodość (szeroko rozumiana) nie ginie, jak myślałam dotychczas – chowana na czipsach i internecie. Jasne, że gro kolegów mojego brata nie ma pomysłu na siebie i swoje życie a tego typu rozterki zajada (mam nadzieję, że jeszcze nie zapija) czipsami i pizzą. Ale wystarczy jeden albo dwa przykłady, żeby uwierzyć, że nie wszystko jeszcze stracone, słowem, duch w narodzie nie ginie! :D

kajety

Pamiętacie ten zapach, zapach nowego zeszytu? Świeżości kartek niezapisanych, potencjalności tego, co zapisane zostanie, słowem – nowy zeszyt, nowe życie. Za każdym razem i z każdym nowym kajetem. Problem w tym, że ile zeszytów, tyle żyć, tyle list, tyle przeznaczeń i – najczęściej – tyle rzeczy zaczętych, a nie skończonych. Przynajmniej w moim przypadku, ale przypuszczam, że nie jestem jedyna ;) Pamiętam z czasów szkolno-studenckich, że uwielbiałam nowe zeszyty zakładać – ale już prowadzić i kończyć – jakoś niespecjalnie. Do tego stopnia, że gdzieś w połowie liceum przestałam się opierać na notatkach własnych z lekcji, a zeszyty (zwłaszcza ten z polskiego, o zgrozo! ;) ) służyły mi najczęściej do prowadzenia szeroko zakrojonej korespondencji, rzadko, coraz rzadziej, do rzetelnego spisywania treści, które zapisane być powinny. Na studiach było podobnie.

A po studiach, w zasadzie w ich trakcie, się zaczęło. Nie było już potrzeby prowadzenia notatek przedmiotowych (kto chciał, ten prowadził, wiadomo), ale potrzeba „nowego zeszytu” pozostała, a jakże! Ot, chociażby do zapisywania książek, które przeczytałam. I tych, które jeszcze chcę przeczytać. A później do spisywania posiłków, przepisów, robótek, słówek i Bóg jeden wie czego jeszcze. Każda rzecz wymagała osobnego zeszytu, najlepiej grubego i najlepiej z przepiękną okładką – chociaż najczęściej zapał mijał po kilku stronach, a zeszyt lądował na stosiku czekając na swoje święte „nigdy”…

Jakimś cudem część tego całego oprzyrządowania przybyła wraz ze mną po przeprowadzce do nowego domu. To było 5 lat temu, a od tego czasu stosik nie zmalał, niestety. Przy okazji ostatnich świątecznych porządków postanowiłam podliczyć te zeszyty, które mam. Podliczyć, rozliczyć, jeśli trzeba – wyrzucić. Bo skoro od 5 lat nie zapisałam w nich ani słowa, to raczej już nie napiszę, co?

I tak oto powstał spis moich kajetów, ku potomności i przestrodze własnej:

Zeszyt do słówek i gramatyki z języka francuskiego, zeszyt z przepisami (ten jest akurat ciągle w użyciu, chociaż era internetu i wszelkiej maści blogów kulinarnych skutecznie odciąga mnie od uzupełniania jego treści), zeszyt z książkami, które przeczytałam (odłożony, zastąpiony przez konto na lubimyczytać.pl), dzienniczek do wpisywania posiłków/napojów/ruchu oraz postępów w diecie (dotychczas stanowił on najlepszy dowód na to, że lubię zaczynać, nie lubię kończyć – pełno w nim kresek oddzielających nieudane próby od nowych początków…), dzienniczek do spisywania treningów biegowych, Bliżej Nieokreślony Notes Do Wszystkiego I, II i III, zeszyt cytatów wszelakich, a także co roku nowy kalendarz/terminarz. W połowie zeszłego roku dołożyłam do tego wszystkiego Book of all items, coś w rodzaju dziennika rodziny, takie trochę kakebo. Trochę tego jest, zwłaszcza tych terminarzy, wiecznie pustych od okolic kwietnia do grudnia (no dobra, w zeszłym roku prowadziłam regularnie aż do października!).

Jak ugryźć ten temat? Moje prywatne guru minimalizmu (prostoty, niech będzie), Dominique Loreau, z jednej strony namawia do oczyszczenia się z nadmiaru rzeczy, a z drugiej kusi sporządzaniem list. Wszelkiego rodzaju list. W moim wszechświecie co lista, to zeszyt, na to wychodzi. Jak żyć? Zostawić to wszystko za sobą, sukcesywnie palić terminarze z lat poprzednich, stworzyć zeszyt jeden i uniwersalny (kakebo na prywatny użytek), a może po prostu nie pisać nic i nigdzie? Skrajność przechodzi w skrajność. Sama już nie wiem – mam wrażenie, że w pewnym sensie stałam się niewolnikiem rzeczy, które miały mi pomóc uporządkować pewne aspekty życia, ułatwić je – zeszyt z przepisami miał zastąpić zawodną niekiedy pamięć, zeszyt do słówek – słownik i 6 par podręczników jako swoistą ich kompilację… i tak dalej. Zamiast tego mam zbiór początków bez środka, końca i, tak naprawdę, celu. Zbiór świetnych pomysłów, powiedzmy to głośno, niezrealizowanych. To nie one „żyją”, żeby mi pomagać, to ja „żyję” żeby je uzupełniać – i tego nie robię.

Ot, odpowiedziałam sobie sama – jestem niewolnikiem swoich kajetów (w szczególe), choć dążę ku minimalizmowi i prostocie. (w ogóle). Całkiem celna diagnoza, nie sądzicie?

nudna jestem

…ciągle o tym samym truję dupę, tak wychodzi. Byłam dziś dla kontroli na dawnym blogu (wiecie, nie zaloguję się raz na ileś tam i mi go skasują, takie one są, panie!) i sobie poczytałam własne grafomaństwo stosowane. I wychodzi na to, że ciągle o tym samym i ciągle te same tematy wałkuję. Raz chce mi się bardziej, raz mniej, ale ciągle piszę słowa mniej więcej te same – więc czy tak to ma wyglądać i o to w tym chodzi? Nie wiem, muszę to przemyśleć, jak tylko znajdę chwilkę, czyli nigdy.

Dla odmiany kilka refleksji. Łapię się na tym, że przeglądanie internetu zaczynam od sprawdzania nowych treści na blogach, które czytam regularnie – i czasem wkurza mnie to, że tych nowych treści jakoś długo nie ma, a czasem to, że pojawiają się za szybko, jedna po drugiej i nie mogę być na bieżąco (właśnie napisałam to słowo przez rz, tak, to już koniec!). Dziś jednak dotarło do mnie to, o czym czytałam tak niedawno – zamiast sama tworzyć, wolę odtwarzać (odczytywać w tym przypadku). Ale jak to, przecież nie o to mi chodziło! Odtwarzam, odczytuję, przetwarzam, trawię, a na końcu rzygam tym wszystkim i idę spać w poczuciu zmarnowanego czasu (przeważnie, nie zawsze). Dlaczego ja muszę zawsze iść pod prąd? inaczej, bardziej, mocniej i w ogóle tak, jak jeszcze nikt nigdy? A potem, kiedy mi nie wychodzi, zwyczajnie uciekam. Zawsze tak było, odkąd pamiętam. Naprawdę taka jestem? Taka chcę być już zawsze?

niebałdzo.